Dzień pierwszy – potęgi klucz

Kiedy dostałam do wypełnienia kwestionariusz w którym pytano mnie o oczekiwania wobec LIV Women’s Skills Clinic, która miała miejsce podczas tegorocznego World IMBA Summit, wybrałam najbardziej uniwersalną z odpowiedzi – żeby poczuć się pewniej na rowerze i uzyskać nad nim większą kontrolę. Innymi słowy, być władcą roweru, nie odwrotnie. To na pewno zajmie jeszcze trochę czasu, ale teraz przynajmniej mam już jakieś teoretyczne podstawy, na których mogę dalej budować.

Ale zacznijmy od początku (chyba, że ktoś nie chce, to warto zjechać i zacząć od części „Do rzeczy”).

Jeśli kiedykolwiek mieliście okazję natknąć się na artykuły dotyczące efektywnej nauki, to z pewnością przeczytaliście, że bycie wypoczętym oraz odpowiednia ilość snu są dość istotne, jeśli nie kluczowe, gdy chodzi o przyswajanie wiedzy. To w zasadzie jest odwrotność tego, co robiłam w Arkansas zwłaszcza w czasie pierwszego dnia Summitu.

Nasz pierwszy lot (z LaGuardia) mieliśmy około godziny 16, później następny z Dallas do Joplin (Missouri) do którego dotarliśmy około północy. Gdy odebraliśmy nasze torby, rozpoczął się nasz mały dramat, który w dużym skrócie zakończył się wybraniem najdroższej na świecie taksówki (cztery razy drożej niż w Nowym Jorku), prowadzonej przez kowboja, na dodatek na przednim siedzeniu dosiadła się bardzo niezadowolona (nie wiedzeć czemu) Chinka. Gdy wysiedliśmy na tak zwanym przystanku autobusowym, myśleliśmy, że przygoda z muzyką country jest już zakończona. Nie była, i następną godzinę spędziliśmy oglądając wyniki wyborów wraz z grupą panów w czapeczkach „Make America Great Again”, którzy ewidentnie byli w nastroju do świętowania. O 2 w nocy dostaliśmy się do Bentonville, i tam w restauracji IHOP przeczekaliśmy do godziny 8, kiedy mogliśmy się powoli zbierać do miejsca, w którym mieliśmy zarezerwowany nocleg. W czasie tych kilku godzin udało nam się wypić 2 duże termosy kawy i 2 porcje (pysznych!) naleśników: 940 kalorii dla Marka i 680 dla mnie.

1

Zebraliśmy się o poranku i wyruszyliśmy w dalszą drogę. Było to pewne wyzwanie ze względu na ilość i wagę naszych bagaży, ale przede wszystkim z powodu porażającego braku chodników i przejść dla pieszych. Do domu mieliśmy około 5 km drogi, i w tym czasie nie spotkaliśmy ani jednego pieszego. Kiedy nareszcie dotarliśmy na miejsce, pozwoliliśmy sobie na godzinę snu.


Do rzeczy.

Obudziliśmy się czując się jeszcze bardziej zmęczeni, niż przed zasypaniem. Ponieważ była to już druga doba praktycznie bez snu, nasze ciała powiedziały stanowcze nie. Nie pamiętam ani drogi do centrum konferencyjnego, ani też samej rejestracji. Podejrzewam więc, że musiała przebiec gładko, co więcej kupiłam sobie nawet dwie książki. Widok namiotu LIV, czy może bardziej rowerów musiał mnie otrzeźwić, bo ani się obejrzałam przymierzałam mój rower na czas imprezy – Embolden 1.

l6

Brokat, banan I naklejki ostatecznie postawiły mnie na nogi. Udekorowałam swoją kartkę z imieniem wyjątkowo starannie, podejrzewając, że może to być ważne zadanie (i się nie myliłam, o czym dalej).

ag

Pań było około 20, w najróżniejszym wieku. Trafiłam do grupy średniozaawansowanej razem z pięcioma innymi, a opiekę nad nami sprawowały dwie instruktorki. Taka proporcja była naprawdę fantastyczna, bo panie miały kontrolę nad całą grupą, poprawiając i doradzając nieustannie. Zaczęłyśmy od tematów najbardziej podstawowych: pozycje, zakręcanie, hamowanie. Później na niewielkim pumptracku ćwiczyłyśmy pompowanie i radzenie sobie z bandami. Masę zabawy sprawiła mi huśtawka/pochylnia? (ang. teeter-totter), próbowałam też swoich sil z manualem. Wracając do części ekspozycyjnej i stanowiska LIVa, mieliśmy również okazję kilka razy przejechać krótkimi, technicznymi trasami w Compton Gardens, co był nie tylko fajne, ale również bardzo przyjemne z powodu pięknej przyrody dookoła (masa wiewiórek i roślinki, których nigdy wcześniej nie widziałam).

Gdy wróciliśmy, czekało na nas jedzenie i niespodzianki. Oficjalnie staję się wielkim fanem batonów Clif, w zasadzie w każdym smaku. Dostaliśmy spore torby z gadżetami: więc mam bardzo poręczną, malutką pompkę na naboje a Marek zestaw fioletowych narzędzi. Moja tabliczka z imieniem okazała się szczęśliwa, bo na koniec wygrałam również świetne portki.

LIV Women’s Skills Clinic była moim pierwszym doświadczeniem tego typu. Z pewnością wiele się tam nauczyłam, mimo, że moje możliwości przyswajania wiedzy były tego dnia mocno ograniczone. Panie instruktorki naprawdę znały się na tym, co robiły i dostałam od nich kilka bardzo cennych uwag. Atmosfera była świetna, podobnie jak inne panie uczestniczki. Fajnie byłoby to powtórzyć z nieco świeższym umysłem 😉

l12

5 komentarzy

  1. LB
    04/12/2016
    Reply

    Fajna wycieczka! Ale o rowerach trochę mało. Ciekaw jestem co tam w trawie piszczy. Jakieś nowości? Czy widać na horyzoncie rewolucje? Np. rower który się nie przewróci (coś jak seagway), albo autonomiczny jak samochód Tesla? To są żarty, ale kto wie?

  2. k
    03/12/2016
    Reply

    Agata, kurde, KILOkalorie, a nie kalorie!

    • Agata
      03/12/2016
      Reply

      A Tic-Tac ma tylko dwie KILOkalorie…

  3. Roman T.
    03/12/2016
    Reply

    Jak zawsze ,bardzo ciekawie!

    • Balbina
      22/01/2017
      Reply

      Dziękuję pięknie! 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.